sobota, 31 stycznia 2015

Moje poglądy

Ponieważ często zapominam, co myślę na jakiś temat, albo wiem, co o czymś sądzę, ale nie pamiętam, jak to uargumentować, będę tu zamieszczał moje ciągle ewoluujące poglądy na "życie, wszechświat i całą resztę".

Aborcja. Nie zgadzam się z nią - od momentu poczęcia. Gdyż: relacja między dwojgiem ludzi, spotkanie z Innym, jest potencjalnie najważniejszą i najpiękniejszą rzeczą, jakiej można doświadczyć na świecie. Jest czymś najcenniejszym, poza stosunkiem człowieka do człowieka nic nie jest naprawdę istotne, bez miłości życie jest nic niewarte. Stąd embrion jest zaczątkiem/obietnicą najważniejszej rzeczy na świecie. Unicestwienie go jest unicestwieniem możliwości doświadczenia największego piękna, które jako jedyne może nadać głęboki sens życiu.

Behemoth. Mam do nich duży podziw za profesjonalizm, który objawia się w wielu aspektach: zadbanie o to, by koncerty były prawdziwym show, a nie odklepywaniem kawałków, własnoręcznie wykonywane stroje, kapitalne teledyski, teksty konsultowane z "profesjonalnym" okultystą. Lubię ich muzykę. Cieszę się, że lata ich ciężkiej pracy zostały ukoronowane międzynarodowym sukcesem. Dalej dopiszę swoje mniej pochlebne poglądy na temat prezentowanych przez nich postaw i zachowań oraz matactw, którymi Nergal je motywuje. Teraz mi się nie chce.

Black metal.

Wykorzystywanie elementów religijnych w sztuce (też masowej).

piątek, 19 września 2014

Zlew

Obudziłem się tego dnia z uczuciem naglącego przymusu. Nerwowo odgarnąłem kołdrę i zabrałem się za wykonanie serii rutynowych czynności, mających odwlec straszny moment. Jednak rzeczy, które miały dać mi chwilę zapomnienia, oszukały mnie. Skupiły się wobec nadchodzącej chwili, jak tłum przestraszonych ludzi wokół lidera. Uciekając przed nieubłaganą chwilą, uczyniłem ją swoim chronicznym centrum.
„Gdy ciało się ubrało i umyło, i ręka zgoliła brodę, gdy grzebień włos przeczesał i wszystko zostało zapachnione, gdy krok się skierował do kuchni – wtedy oko zobaczyło, to, co zobaczyć miało”. Dopiero teraz zrozumiałem sens tych słów, z dawna zasłyszanych. Słowa śmierdzącej żebraczki. Pijaczy bełkot zmienił się w stęchłe proroctwo.
A mogłem dać jej piątkę na wino.
Tak czy inaczej – oko zobaczyło. Kuchnia, jak kuchnia. Stół, lodówka, szafka. I inne nudne, pożyteczne rzeczy.Trwałbym tak w tym banale, gdyby nie to, co mnie czekało w zlewie. Było tam już od dawna, bardzo, bardzo dawna. Udawałem, że nie widzę. Teraz przejrzałem.
Zlew był zwykły, banalny, z ikei. Małe dziurki w dużej dziurze, kran jak zwiędły, chytry fallus. Niewinne, roztargnione ręce w zielonym likworze. Ale dziś zamiast kubków i talerzy w zlewie ujrzałem – moje brudne pragnienia.
„W końcu musiało się to stać” – pomyślałem. Były zbyt intensywne, władcze i kontrfaktyczne, by czaić się tylko w zakamarkach umysłu. Zbyt przebiegłe, by dać się uwięzić w labiryncie wyrzutów sumienia i racjonalizacji. Zbyt eteryczną im była przestrzeń mojej podświadomości – zapragnęły prężyć się w bycie jak tygrys na placu zabaw pełnym dzieci, rozwlec się, rozbyć, i tak cały zlew mi zabyły.
A może to ja, może to ja je wypchnąłem, może to ja, może moje kłamstwo i wyparcie, nieznośność, i cieszyć się powinienem? Nie ma ich już w środku, we mnie; tu są, w zlewie, i niepodpisane, nikt nie wie, czyje. Ja wiem, że moje, ale przyjdzie sąsiadka, Krycha, ciocia, babcia, i powie, brudno tu, ale żeby: to Twój brud, co się za w Tobie paskudztwo zaległo, tak to nikt przecież nie powie, bo jak to.
A skąd ja wiem, że to moje pragnienia? Może był tu ktoś, gdy spałem. Może złodziej perwersyjny, co zamiast kraść, nocą wzbogaca. Może jest tu jeszcze? Ale bez brudnych pragnień, co miałby tu robić. Swoją perwersję zdał mi do zlewu i ubiegł bez wstydu, bo czego miałby się wstydzić, gdy się oczyścił.
Ale! Naiwny jestem. Przecież to nie źródła moich pragnień, ale pragnienia tylko, jak owoce, przede mną leżą. „Zejdź z drzewa”, mówił Budda, i Darwin. „Przybij się do Drzewa” – mówił Ten, który się po Swoim urodzeniu narodził, i to dwa razy: poza czasem i w czasie. „Zjedz owoce, nie wyrzucaj, dzieci głodują” – mówi ten, co skrzydła za wolność zhandlował. I na co mu wolność bez skrzydeł?

Urastały we mnie te słowa, gnębiły, straszyły, gziły się, w metafizycznym mezaliansie słowa i znaczenia słów. Drąg śmiałości wetknąłem w te kopulujące słowociała, trzasnął piorun aż zdrętwiały dendryty; i ożyła straszna poczwara, jak hydra. Zanalizujesz jeną jej głowę, a pięć innych wyrośnie, bez etykietek, bez imion, bez twarzy. Umysł mój uciekł w popłochu i zwrócił się do pierwotnego lęku przed potępieniem. Zdjęty strachem i wyrzutami zerwałem się, by myć te brudne pragnienia, uwolnić się od zamętu, zapomnieć o źródłach, zająć się tym, co teraz. Ale tłuszcz oblepia je gęstą warstwą, a woda się go nie ima. Sięgam po płyn – skończył się. „Umarł Bóg”, przeczytałem na butelce. Ludwika zastąpił Fryderyk. 

Four riders

Leżę na łóżku teraz, kochanie. Brzuch mój leży na mnie, pełen piwa i krwi. Ja na łóżku, a on na mnie. Powietrze jest skwarne i co jakiś czas krztuszę się potem, darling – potem,  wartkim strumieniem pędzącym z gładkości mojego czoła w spierzchnięte kąciki warg. Słona jest jego melodia, solą niewolna od skarg. Leżę i pływam, pływam w pocie i pływam w marzeniach. W moich marzeniach świat topi się w pocie – moim. Nad nim się burza toczy, a zwęglone kruszynki proc mocą trzaskają z wnętrz ziemi do moich stóp. Wielkanoc się zbliża, i dzieci już drżą – Króliczek wychynął, by pod gąsienicami swymi zemleć wszystkie fastfoody na miał. Niebosiężne metropolie opływa rozpaczliwy krzyki i targa ludzkie piersi na bezsilne krwawe strzępy. Z moich marzeń – na ich rany – już leje się mój pot, mój pot, słona jego melodia, tak, to mój pot, mój pot, mój pot.

Leżę na łóżku, kochanie. Leżę i podnoszę czasem rękę, by podrapać się po czerwonym od sprzeczności nosie (tak naprawdę, to by podrapać się po tyłku; niech to zostanie między nawiasami, malutka). Ale ręka opada, nie słucha mnie, sprzeciwia mi się, buntuje. Mówię do niej: słuchaj, dziwko; słuchaj, ty mała dziwko; ona nie słucha. Ach, gdybym miał siłę cię nienawidzić, odrąbałbym cię i odrzucił od siebie, nieposłuszna wywłoko, bezużyteczne narzędzie, zakało przeklęta. Mówię do niej, ale ona nie słucha.

Nie mogąc się podrapać, myślę o Tobie, laleczko. Myślę o Tobie, myślę, jak zasypiasz, chroniąc się przed morderczym słońcem swoimi cieniutkimi skrzydełkami. Myślę, jak mrużysz oczka, jak kamyczki w potoku, i jak pocierasz stópką o stópkę, drapiąc duży palec piaskiem zaschłym na spierzchniętej skórze. Myślę, jak ssiesz swój lok bezmyślnie, swój lok, swój lok, swój lok. Myśli o Tobie, jedna po drugiej, toczą się po moim czole, aż piwo i krew mi się z utęsknienia w brzuchu przelewają.
To piwo i krew co dzień dla Ciebie piję, mała. Ćwiczę się dla Ciebie. Nie umiem przyjmować miłości, nie umiem ciepłem się grzać, zaufanie z drżących rąk mi ulatuje i życzliwe spojrzenie po dziurawych kieszeniach chowam, ćwiczę więc; bo chcę Cię przyjąć w siebie całą, chcę być dla Ciebie pałacem, warownią, bunkrem i domem (a gdybyś poprosiła, byłbym i budą dla Twojego psa i cyrkiem dla pcheł Twoich); byś przechadzała się we mnie, pląsała bosymi stopami po korytarzach mnie; byłabyś we mnie, a ja dla Ciebie, Calineczko, bawiłabyś się w tym mnie pałacu, moimi lichtarzami, mała, opromieniłabyś zimno głębokich piwnic, a zapuściwszy się do biblioteki, wszczęła rozkosznym błędem rączki pożar, a ja bym płonął, płonąłbym, dziecinko, płonął, krzyczał, wyłbym, niszczał, przerażony Twoją bliskością; bo Ty spałabyś wtedy wprost w moim oczodole, tak niewinnie nieświadoma.

A może byłbym też Twoim więzieniem, może też granicami poznania, może też pięknym, wysokim murem. Może zaczęłabyś mnie irytować, złościć, a wtedy swoją krnąbrnością ściągnęłabyś mój słuszny gniew? Może karałbym Cię; może ssał chciwie promienie Twojego Słońca, aż w nim fiolki światła nie ostanie; jak zgrozorodny, opity Bąk uleciałbym, drugi obok Królika zwiastun Apokalipsy, Złodziej Światła, jak organiczny bombowiec krążył nad wielkimi cities; niestraszne byłyby mi syreny, artylerie. Mój brzuch, o ileż byłby większy niż teraz... Ale czy zniósłbym tyle w sobie światła i nadziei?

(Leżę na łóżku, kochanie, a z garażu dobiega mnie łkanie. W garażu, zabałagaconym, na czerwonej kanapie mieszka Old Little Joe Trzeci. Skrywa się wśród rupieci, od lat już nic nie mówi, więziony despocją zgryzoty, w kajdany rozpaczy zakuty, w próżni smutku zawieszony, całunem udręki spowity a kneblem wstydu gwałcony; tkwi w swoim prywatnym, niemym bezsensie. Z rzadka tylko jego żal w łkanie się zamaskuje, umknie jego chciwym uściskom, znajdzie ujście i wyrwie przez bezsilne usta. Gdyby mnie siły nie opuściły, zszedłbym na dół i ukoił to żałosne stworzenie; albo przynajmniej potok smutku zahamował. Sposób odkryłem już dawno: wystarczy mu do ucha prawego lejek przystawić i tysiąc łez wylać do środka; wyjąć lejek, główką potrząsnąć, zasypia w mig suchego oka, obdarte, geriatryczne niemowlę, chciwe i przekorne, głodne, opuszczone. Ten smutek – to jedyne, co ma, jego skarb jedyny; kanapa mu nieważna i garaż obojętny, jest na władzę zbyt Little, a na seks już too Old; dlatego rozpacz jest jego podwójna, gdy płacze, bo z płaczem go smutek, skarb jego, opuszcza. Tankuję go wtedy, gdy mogę, i raczę – swym płaczem pijaczym w samą ucha toń.)


Leżę na łóżku, mała, piwem i krwią opity. Samotny wieszcz, jedyny świadek śmierci urojonych światów. Ciało moje, wywłoka, nie słucha mnie w ogóle, i tylko widzę, nie czuję już, jak po nodze płynie mój mocz, mój mocz, mój mocz.

sobota, 18 maja 2013

Effatha



Poddaj się pulsowi
I wibruj w Wielkim Tętnie
Płyń z prądem w tej pokrywie
Świetlistej Aor-ty

Mieszaj się w snobiegu
Zgub siebie w porywie
Tańcz do upadłego!
Tańcz w radości krwi


Gubisz setny dech
W feerii dzikich barw
Gdy lęk pompuje w ciebie
Tysiące dzieci swych

A każde z nich ma twarz
Na których widok JA
Rozpada się w miliony
Ułamków Wielkiej Toni


Zaciskasz już na kłódkę
Powieki przezroczyste
By tylko cię nie zgwałcił
Spojrzeniem swoim Nikt

Twe myśli już omdlałe
Na półistnienia skraju
Na półoddechu drgnieniu
Chcą wrazić siebie w Byt


Nie lękaj się!
Już nie drżyj
Effatha! mówi Król

Zapraszam Cię pod dach mój
Zapraszam Cię pod płaszcz mój
Już zawsze będziesz mój

wtorek, 1 stycznia 2013

List do Ś.

Całkiem spokojnie. Uspokaja mnie myślenie o tym, że za 100 lat ja, Ty i niemal wszyscy żyjący dziś ludzie będziemy martwi - połączeni w doskonałej komunie. A może to myślenie pojawia się na fali spokoju, która przychodzi z innego miejsca?

Czy może być coś bardziej od Ciebie sprawiedliwego? Jednym zabierasz znój i cierpienie, a szczęście i zadowolenie drugim - przynajmniej tutaj i nam takim, jacy jesteśmy. Wszystkim tak samo. Sprawiedliwa jak Solon. Do Ciebie zbliżam się każdym oddechem i serca biciem. Twoja nieuchronność daje spokój mojemu duchowi. Niczyja miłość nie jest tak bezwarunkowa, jak Twoja, Śmierci, która przyjmujesz jednako królów i żebraków, szaleńców, tchórzy i bohaterów, zwyrodnialców i szlachetnych. Ty jesteś jak ten Nieporuszony Pierwszy Poruszyciel, bo ku Tobie wszystko zmierza, Ty każdego czekasz, Ty każdego witasz. Ty wszystkich łączysz, jak Twój brat Hypnos, o którym Arystoteles pisze: "sen (...) jest stanem bezczynności duszy pod tym właśnie względem, który rozstrzyga o tym, czy jest dobra, czy zła". Wszyscy w Tobie jednym, i Ty wszystkim Jedna, doskonała, pełna i piękna Śmierci.

wtorek, 12 czerwca 2012

Przygody Agatki cz.1

Sklep spożywczy "Agatka" był najstarszym sklepem osiedla Welury. Był tak stary, że nikt już nie pamiętał samego Agatki - melancholijnego jamnika wysiadującego przed sklepem, witającego i żegnającego nosem każdego klienta. Nie był to pies właścicielki, Normy Marbleweed. Po prostu pewnego dnia przyczłeptał depresyjnie pod drzwi sklepu i swoimi smutnymi oczami podbił miękkie serce Normy. Był psem, ale z niewiadomego powodu reagował tylko na imię "Agatka". Było to źródłem powszechnej wesołości - "Czymkolwiek jest powszechność, ja widocznie nie zajmuję w niej miejsca", w zamyślonym przygnębieniu powiedziałby zapewne Agatka, gdyby ktoś chciał go o to spytać. Sam uważał ten swój przydomek za dość sadystyczny żart dwóch cynicznych sojuszników - losu i odruchu bezwarunkowego. Agatka cierpiał podwójnie - wyjątkowo krucha kromka jego świadomości była tym cierpieniem gęsto posmarowana z obu stron. Po pierwsze, raniła jego delikatne serce toporność i przyziemność tego okrutnego związku między żeńskim imieniem a jego aseksualnością. Gdyby miał wybierać, wolałby już image ascety, mnicha, który nie chcąc ani trochę osłabić swojego potencjału duchowego, nie skanalizuje ani drobiny swej życiodajnej energii w czynności płciowe. A tu - "Agatka". Nie był żadnym mnichem, ale to przecież jeszcze nie powód, żeby piętnować go taką etykietką - jakby ktoś gorącym prętem wypalał mu słowo "zniewieściałość" za każdym razem, gdy przez stare rosyjskie mechanizmy musiał podnosić przemęczony smutkiem wzrok na dźwięk tego "Agatka". W tym miejscu odwracamy kromkę, jak monetę z dwiema reszkami. Agatka cierpiał jeszcze bardziej wskutek swojej bezsilności wobec zwierzęcych odruchów. Jego depresyjna jamnicza wola nie była dość silna, by mógł przestać reagować na piekące do żywego zawołanie. Czuł, jakby Demiurg zaszydził z niego, dając mu wolę zbyt słabą, by stawiać efektywny opór swej zwierzęcości, oraz świadomość - wystarczającą, by dostrzec beznadzieję swoich starań.

Ciężki był żywot Agatki.

Może to i lepiej, że nikt o nim już nie pamiętał.

Z pewnością (haha, nie ma bardziej niepewnej rzeczy niż pewność, ani pewniejszej niż wątpliwość) lepiej dla rozeuforyzowanego umysłu Eddy, który miał wejść do sklepu "Agatka" wiele lat po śmierci jego eponima. Tęczowe macki jego żelkowej świadomości wystrzeliwały raz po raz w otaczającą go rzeczywistość, muskając swoją językową konsystencją przypadkowe przedmioty, ludzi, zjawiska i pojęcia (...i idee, wspomnienia, wartości, motywy muzyczne, semantyczne pola...), gorączkowo, bezmyślnie i zachłannie - a przede wszystkim kolorowo i bajecznie. Kiedy Edda zmierzał do sklepu, macki wystrzeliły, entuzjastycznie jak szczenięta i bezmyślnie jak pasikoniki zarazem, w stronę tabliczki z nazwą sklepu. Jednak pierwsze macki, które dosięgły tablicy, zastygły w bezruchu, by po chwili zwiędnąć i opaść bez życia. Pozostałe macki przypatrywały się temu w lodowatym przerażeniu - nigdy nie widziały czegoś podobnego. Były wtedy jak beztroski Budda, który zetknął się po raz pierwszy z ostatecznością śmierci. To skondensowany mikrokosmos cierpienia wytworzony w umyśle Agatki, niczym klątwa dawno zmarłego faraona, dosięgnął te ufnie hiperwrażliwe macki.

Edda nic o tym nie wiedział. Pomysł istnienia językowych macek, którymi miałby poznawać rzeczywistość, zapewne bardzo by mu się spodobał, jednak macki, będąc same narządami poznania, nie mogły w żaden sposób zasygnalizować mu swojego istnienia. Wiele razy próbowały bawić się czy przekomarzać z Eddą, nie odnosząc większego sukcesu. Teraz przerażone starały się za wszelką cenę odwieść go od wejścia do sklepu. Na próżno. Edda nie odbierał wszystkich wrażeń, które odbierały macki. Niewyobrażalnie Tajemnicza Instancja zwana Filtrem dokonywała bowiem selekcji tych wrażeń. Niektóre docierały do Eddy bezpośrednio, inne objawiały mu się po jakimś czasie, o jeszcze innych Edda miał się nigdy nie dowiedzieć. Z tego właśnie powodu nasz bohater wkroczył do sklepu z entuzjazmem niezmąconym nawet zmarszczką upiornej reminiscencji prawdziwego Agatki.

piątek, 18 lutego 2011

blueskura

W odległym kurniku na skraju wsi
Ma dom urocza kura
Jest piękna gdy jej pazur lśni
A wiatr łaskocze pióra

Oj kuro oj kuro oj kuro
Bez ciebie szaro mi buro
Daj zostać mi kogutem twym na tę noc...

Noc wypełniła się czułym gdakaniem
A ciszę rozerwało pienie
Na grzędę co była nam posłaniem
Spadło rozedrgane nieba sklepienie

Oj kuro oj kuro oj kuro
Tak czule pieścisz me pióro
Czerwony mój grzebień lśni tylko dla ciebie...

Lecz kiedy w promieniach świtu
Z kopca wyłonił się kret
Błyszczące miał futro, baunsował w rytm bitu
I płomień namiętności zdechł jak pies

Oj kuro oj kuro oj kuro
Bolesnym się stałaś wspomnieniem
Została mi tylko tequila i gin...

(c)by Franek 16.02.2011 Ustroń

niedziela, 23 stycznia 2011

Opowiadanie

Pierwsza część opowiadania.


Marysia stała przy przystanku autobusowym, czekając na transport. W oliwkowym płaszczu z ogromnymi guzikami, na wpół zatopiona w myślach obserwowała okolicę. Mokre liście okrywające chodnik, wybrukowaną dziurami drogę, szkliście lśniącą w świetle latarni... i ponury gmach więzienia, usiłujący skryć się w mroku horyzontu.

Odgłos kroków, dobiegający ze strony nieśmiałej budowli, powoli wygrywał walkę o uwagę Marysi, toczoną z "co by tu zjeść na kolację" i "ciekawe, czy Łukasz zadzwoni, ostatnio było miło, ale on jest taki nieśmiały...". W końcu szala zwycięstwa przechyliła się zdecydowanie, a wzrok M. przestał błądzić i skierował się w stronę kroków. Oświetloną alejką prowadzącą z więzienia kierował się w jej stronę wysoki mężczyzna.

Kampania, która rozgrywała się w głowie M. bez jej najmniejszej wiedzy, szła zgodnie z Planem. Strach i niepokój, które w takiej sytuacji zazwyczaj przeprowadzały agresywną ofensywę, wskutek taktycznych działań mających obniżyć ich morale zdezerterowały już kilka dni wcześniej – co M. wzięła za rozluźnienie wskutek ćwiczeń oddechowych (w rzeczywistości była to przykrywka). Odtąd jej działaniami, słowami i myślami kierowała wyłącznie ciekawość – generał o wielkiej odwadze, mogący się pochwalić wieloma wspaniałymi sukcesami na polu Bitwy.

– Przepraszam, czy ma pani może papierosa?

– Przykro mi, ale nie palę.

– To nic nie szkodzi. Ja też nie palę. Chciałem tylko zacząć rozmowę. Widzi pani, jest pani pierwszą kobietą, którą widzę od sześciu lat. W trakcie odsiadywania mojego wyroku postanowiłem, że zaproszę na kawę pierwszą kobietę, którą spotkam po wyjściu na wolność. Czy zna pani kawiarnię "Lotos"?

– Tak, choć nigdy nie byłam w środku.

– Czy jutro o ósmej wieczorem to dla pani odpowiednia pora?

– Muszę się zastanowić... Tak, jutro o ósmej mi odpowiada. Przepraszam, za co został pan skazany?

– Morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Zatem do jutra.

– Do jutra.


***

Zgodnie z Planem, zdobyte przez ciekawość pozycje natychmiast po spotkaniu przejął spokój, który niedoświadczeni mogliby wziąć za zapomnienie. Nie, M. nie zapomniała o dziwnym mężczyźnie, o jego słowach ani o planowanym spotkaniu. Nie zapomniała też nagle – jakby to mogło się wydawać laikom – o tym, że spotkanie z tajemniczym mężczyzną, otwarcie przyznającym się do popełnienia okrutnego mordu, powinny wywołać w niej myśli pełne strachu i obawy. To spokój uniemożliwił jej te myśli. Spokój sprawił, że jej skryte pod słomianą grzywką czoło nie zmarszczyło się ani razu wątpliwością. Sprawił też, że nie wyczekiwała wieczornego spotkania z biciem serca poganianym euforią. Dzięki temu jej ciekawości nie skaziły próby odpowiedzi na pytania – "jaki może być ten mężczyzna?", "czy na pewno ma czyste intencje?", "jak mógł wyjść po sześciu latach, jeśli popełnił morderstwo ze szczególnym okrucieństwem?", jej umysłu nie zmącił nawet cień opinii o byłym więźniu czy próba ocenienia go.

***

– Co studiujesz, Marysiu?

– Astronomię.

– To bardzo ciekawe. Czy myślałaś kiedyś o gwiazdach?

– Dużo się o nich uczyłam, ale, to zabawne, nigdy nie myślałam o nich samych.

– Kiedyś myślałem o gwiazdach bez przerwy. Myślałem o tym, jak są daleko. Myślałem o tym, jak świecą. O tym, jakie są gorące, choć w nocy bywa tak zimno. O tym, że trzy metry mojej celi to dla gwiazd tyle samo, co powierzchnia całej Ziemi. I o tym, że gdyby nie my, nie miałby ich kto oglądać, czy myśleć o nich tego wszystkiego. Ale głównie po prostu zdawałem sobie sprawę z ich istnienia. Świadomość ich bytności towarzyszyła mi od chwili, gdy budziłem się, jeszcze zanim otworzyłem oczy. Wiedziałem o nich w czasie jedzenia, spaceru czy więziennej mszy, zasypiałem, myśląc tylko o nich, a w snach widziałem tylko je – tak wielkie i małe, tak skromne i majestatyczne. Ta Świadomość Gwiazd sprawiła, że więzienna codzienność, która wcześniej była dla mnie nie do zniesienia, przestała mi zupełnie przeszkadzać. W obecności gwiazd spleśniała kasza traciła swoją obrzydliwość. W obecności gwiazd prymitywizm i zezwierzęcenie współwięźniów nie mogły być tak rażące. Na tle splendoru gwiazd okrucieństwo, przekupność i złośliwość klawiszy – nie mogły być tak olbrzymie. Dewocja więziennego kapelana, lodowatość przeciągów, nieznośność rutyny, ohyda więziennego homoseksualizmu, otępienie umysłu, okrucieństwo fali, atrofia dobra, smród gówna, dogłębność lęku, wszechobecność szczurów, dławiącość bólu istnienia – czym to jest wobec gwiazd?

Ten dystans powoli stał się dla mnie czymś naturalnym. Przeniknął mnie całego, a ponieważ był tak naturalny, prawdziwy i odległy – więźniowie i klawisze musieli się do niego przystosować. Nikt mnie już nie zaczepiał, a kiedy musiało dojść do wymiany zdań, była ona tak pełna szacunku – szacunku, który zgodnie z Planem nie mógł nie zaistnieć przy tak kosmicznym dystansie – tak pełna szacunku, jak tylko opryskliwość współwięźniów i poczucie wyższości klawiszy mogło na to pozwolić. Oczywiście nikt by się tego szacunku nie przyznał – więźniowie zepsuci do szpiku nie potrafiliby go nawet rozpoznać czy nazwać, ci, którzy wiedzieli, czym jest, nie uwierzyliby w jego istnienie w takim miejscu – kto mógłby tu na niego zasłużyć, kto miałby go okazać, jak niby miałby tu przetrwać...? Dla klawiszy znających tylko poczucie wyższości i służalstwo było to nie do pomyślenia. Z jednym wyjątkiem, o którym opowiem ci później.

Czas mijał, a ja wciąż trwałem w kosmicznym dystansie. W pewnym momencie złapałem się jednak na tym, że moje myśli orbitują coraz bliżej Słońca. Przyciągało mnie jego intensywnie odczuwalne ciepło, jego bliskość i olśniewające światło, i życie, które daje. Wtedy też zacząłem promienieć. Od mojego ciała zaczął bić blask, a temperatura wokół mnie zawsze miała kilka stopni więcej. Tego nie można już było nie zauważyć. Oczywiście można było wytłumaczyć – wszystkie te zjawiska powszechnie tłumaczono moją alergią na środek przeciw pchłom, którym w ramach nowych przepisów niedługo wcześniej zaczęto skraplać prycze.

Kolejną zmianą związaną z tym – jak to nazywam – przyjęciem Formy Słońca, była łagodność, którą zaczęli okazywać współwięźniowie i klawisze w moim otoczeniu. Nawiasem mówiąc, już długo wcześniej przestałem ich rozróżniać czy traktować inaczej, nazywając wszystkich w myśli współwięźniami. Tam, gdzie się znalazłem, ustawały kłótnie, klawisze nie wykorzystywali swojej pozycji, a miejsce przekleństw zastępowały grzecznościowe zwroty. Promieniowałem coraz silniej, aż kasza zyskiwała szlachetny smak nie tylko na moim talerzu, ale na talerzach więźniów w całej jadalni.

Pewnego wieczoru uczestniczyłem we mszy świętej. Było na niej wyjątkowo dużo osób, nawet biorąc pod uwagę, że frekwencja wzrosła kilkukrotnie jakiś czas wcześniej, kiedy na wspólne msze zaczęli uczęszczać klawisze – co wcześniej było nie do pomyślenia. Wszyscy odczuwali tam bliskość Boga. Przeżywali chwile mistycznych uniesień, ich serca tajały ogarnięte boskim ciepłem, i płakali z radości, gdy grzechy zostawały im odpuszczone. Kazanie w czasie tej mszy tchnęło mądrością, spokojem, miłością. Choć słowa były proste, i prosty był ich przekaz, choć ksiądz Icaes powtarzał je od lat (jego kazania były co roku te same) – namaszczenie, z jakim je wygłaszał, niespotykane dotąd skupienie oraz świadomość bijąca z jego oczu czyniły je bliższym Kazaniu na Górze niż zwykłym pouczeniom czy przypomnieniom. Nadszedł moment konsekracji. Po kaplicy rozległy się słowa: "Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy: to jest bowiem Ciało Moje, które za was będzie wydane. Bierzcie i pijcie z niego wszyscy: to jest bowiem kielich Krwi Mojej, nowego i wiecznego przymierza, która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. To czyńcie na moją...". Ostatnie słowa ugrzęzły w gardle duchownego. Icaes wpatrywał się we mnie; z błogością, z oddaniem i uwielbieniem. Ze łzami w oczach wyszeptał: "Pan zmartwychstał", po czym głęboko pochylony ruszył w moim kierunku. Ostatnie kilka metrów pokonał na klęczkach, a w końcu upadł przede mną, i łkając, zaczął całować nogawki mojego pasiaka.

to be continued...

(c) by Franek, 12.2010

wtorek, 11 stycznia 2011

"Idź proszę w stronę światła"

Hej Gruby, przyjacielu
Po drugiej stronie czegośtam
Obyś odnalazł zrozumienie
Którego tak ci było tu brak

Uno i duo, tricio i koricio
Szacher macher, dżowana dżis
Łana na dua na cije na fore
Hej Leon Galoleon

Hej Gruby, przyjacielu
Idź proszę w stronę światła
Niech śmiech Ci drogę rozjaśnia
Niech dobro służy za znak

Uno i duo, tricio i koricio
Szacher macher, dżowana dżis
Łana na dua na cije na fore
Hej Leon Galoleon




Wersja audio w przygotowaniu

czwartek, 23 grudnia 2010

Dlaczego piękna kura znosi obrzydliwe jajo?

Dlaczego piękna kura znosi obrzydliwe jajo?
Czemu gdy drzewa płoną, liście śpiewają?
Czym jest "p" w wyrazie "ptak"
I czemu na opak "tak" to "kat"

Nabrzmiała pijawa głęboko ssie
Upija się sensem, wysycha śmiech
Pomarszczone myśli, zgorzkniałe i cyniczne
W sosie otępienia skwierczą mechanicznie

Ich antyczne tryby przeżarte są rdzą
Stygmaty nienawiści łatwo się nie goją

Wielka zębata tortur maszyna
Rozrywa bólciało, w serce się wrzyna
Białe pióra lecą, krwawa toczy się ślina
Katatoniczne warzywa, duszy skamielina

made by Francisz, 24.12.2010

niedziela, 4 kwietnia 2010

David Bowie - Uncle Arthur

Pierwszy utwór z pierwszej płyty Davida Bowiego. Tłumaczenie sylabicznie przystosowane do śpiewania. :) http://www.youtube.com/watch?v=BUBUl4yZ0Eg - zachęcam do śpiewania razem z Dawidem!

David Bowie - Uncle Arthur

Strikes the bell for 5 o'clock, Uncle Arthur closes shop
Screws the tops on all the bottles, turns the lights out, locks it up
Climbs across his bike and he's away
Cycles past the gasworks, past the river, down the high street
Back to mother, it's another empty day

Uncle Arthur likes his mommy
Uncle Arthur still reads comics
Uncle Arthur follows Batman

Round and round the rumours fly, how he ran away from Mum
On his 32nd birthday, told her that he'd found a chum
Mother cried and raved and yelled and fussed
Arthur left her no illusion, brought the girl round, save confusion
Sally was the real thing, not just lust

Uncle Arthur vanished quickly
Uncle Arthur and his new bride
Uncle Arthur follows Sally

Round and round goes Arthur's head, hasn't eaten well for days
Little Sally may be lovely, but cooking leaves her in a maze
Uncle Arthur packed his bags and fled
Back to mother, all's forgiven, serving in the family shop
He gets his pocket money, he's well fed

Uncle Arthur past the gasworks
Uncle Arthur past the river
Uncle Arthur down the high street
Uncle Arthur follows mother


David Bowie - Wujek Janek

Bije dzwon, już piąta w dzień, wujek Janek nie jest leń
Sklep zamyka, światło znika, pomidory skrywa cień
Janek spindra się na rower, hej
Roweruje pierwszą górę, mija rzeczkę, i mateczkę
Wita w ten kolejny pusty dzień

Wujek Janek lubi mamę
Wujek Janek czyta komiks
Wujek Janek chce być jak Batman

Plotka wnet się wzniosła po wsi, jak zostawił bez litości
Dla dziewczyny swoją mami w swój trzydziesty drugi rok
Mama płacze, rości, foszy, drze
Janek samą ją zostawił, wziął dziewuszkę, honor zbawił
Z Kaśką po bożemu zżenił się

Wujek Janek zmył się szybko
Wujek Janek z Kasią-rybką
Wujek Janek to pantofel

Głowi Janek, w łeb zachodzi, kasza uchem mu wychodzi
Kaśka buzię ma rumianą, ale w kuchni gubi się
Wujek Janek wziął toboł i hyc
Już u mamy, goi rany, w sklepie reperuje krany
Kieszonkowe ma, syty jest

Wujek Janek mija górę
Wujek Janek mija rzeczkę
Wujek Janek pedałuje
Wujek Janek synek mamy

czwartek, 7 stycznia 2010

Marilyn Manson - Coma White

Marilyn Manson - Coma White

There's something cold and blank behind her smile
She's standing on an overpass
In her miracle mile

"You were from a perfect world
A world that threw me away today
Today today to run away"

A pill to make you numb
A pill to make you dumb
A pill to make you anybody else
But all the drugs in this world
Won't save her from herself

Her mouth was an empty cut
And she was waiting to fall
Just bleeding like a polaroid that
Lost all her dolls

"You were from a perfect world
A world that threw me away today
Today to run away"

A pill to make you numb
A pill to make you dumb


Marilyn Manson - Biała śpiączka

Jakiś chłód, chłód i pustka
Zionie z jej uśmiechu
Przycupnęła na wiadukcie
Zamarzona w ulotnej chwili

Widziałem jej idealny świat
Nie pasowałem tam
Chcę uciec....

Upić się i nie pamiętać
Wziąć i więcej nie czuć
Być kimś innym, nie truć

Całe to gówno, które bierzesz
Nie uwolni ciebie - od ciebie

Jej usta, czerwona kurtyna
Rwie się, rwie się cała
I krwawi, i pęka
Jej lustro i jej odbicia

Całe to gówno, które bierzesz
Nie uwolni ciebie - od ciebie

niedziela, 15 listopada 2009

Tool - "No Quarter"

Utwór "No Quarter" Led Zeppelin w interpretacji Toola (oryginalny tekst autorstwa Jimmy'ego Page'a i Johna Paula Jonesa, wersja Maynarda Keenana jest pozbawiona nordyckich elementów).
"No Quarter" to wojskowe określenie na nieokazywanie litości schwyconemu wrogowi - kiedy zwycięzca bitwy nie bierze nikogo w niewolę, zabija wszystkich jeńców.

Tool - No Quarter (cover Led Zeppelin)

Lock all the doors, kill the lights
No one's coming home tonight
Sun beats down and don't you know
All our lives are growing cold...
They bring the news that must get through
To build a dream for me and you

Locked in a place where no one goes

They ask no quarter
They have no quarter

Lock the door, kill the light
No one's coming home tonight

It's getting colder
Locked in a place where no one goes

Lock the door, kill the light
No one's coming home tonight

They bring news that must get through
Dying peace in me and you

Locked in a place where no one goes

We have no quarter
We have no quarter
We ask no quarter


Tool - Bez schronienia

Możesz zamknąć drzwi, zgasić światło też
Dzisiaj już nie przyjdzie nikt
Słońce praży ziemię, a - przecież wiesz -
Nasze serca opływa lodowata ciecz...
Oni niosą wieści, tak potrzebne, by
Stworzyć piękny sen, sen tobie i mi

Są uwięzieni tam, gdzie nikt nie chciałby być

Nie mają schronienia
Nie ma dla nich litości

Możesz zamknąć drzwi, zgasić światło też
Dzisiaj już nie przyjdzie nikt

Robi się coraz zimniej
Coraz zimniej...
Tam, gdzie nigdy nikt nie chciałby być

Możesz zamknąć drzwi, zgasić światło też
Dzisiaj już nie przyjdzie nikt

Oni niosą wieści, tak potrzebne, by...
Spokój, przecież wiesz, w nas zmienił się w łzy

Są uwięzieni tam, gdzie nikt nie chciałby być

Nie mamy schronienia
Nie mamy schronienia
Nie ma dla nas litości

by goodsavage 15 XI 2009

piątek, 13 listopada 2009

King Crimson - "Moonchild"

Przepiękny utwór z płyty In The Court Of The Crimson King (1969) King Crimson.

King Crimson - Moonchild

Call her moonchild
Dancing in the shallows of a river
Lonely moonchild
Dreaming in the shadows
of the willow.

Talking to the trees of the
cobweb strange
Sleeping on the steps of a fountain
Waving silver wands to the
night-birds song
Waiting for the sun on the mountain.

She's a moonchild
Gathering the flowers in a garden.
Lovely moonchild
Drifting on the echoes of the hours.

Sailing on the wind
in a milk white gown
Dropping circle stones on a sun dial
Playing hide and seek
with the ghosts of dawn
Waiting for a smile from a sun child.


King Crimson - Dziecię Księżyca

Mówią na nią Dziecię Księżyca
Co noc tańczy na mieliznach rzek
Samotne Dziecię Księżyca
Śniące w cieniu wierzb

Gawędzi z drzewami
Z dziwnej pajęczej sieci
Czasem w kroplach fontann spokojnie drzemie
Swoją srebrną różdżką
Dyryguje nocnym ptakom
Czekając, aż słońce wynurzy się zza gór

Jest Dziecięciem Księżyca
Co noc zbiera kwiaty w ogrodzie
Uroczym Dziecięciem Księżyca
Unoszącym się na echach godzin

Żegluje na wietrze
W mlecznobiałej sukni
Upuszcza okrągłe kamienie
Na tarczę zegara słonecznego
Bawi się w chowanego
Z duszkami świtu
Czeka na pierwszy uśmiech
Słonecznego Dziecięcia

by goodsavage XI 2009

czwartek, 12 listopada 2009

Aya RL - "Nie zostawię", "Pogo I"

Tym razem nie tłumaczenie, a dwa teksty z Czerwonej płyty (1985) Aya RL, autorstwa Pawła Kukiza:

Aya RL - Nie zostawię

Gdy oddasz mi swe nadzieje i sny
Powiem Ci
Bądź chłodem nad wodą
W każdy duszny dzień
I bądź szczelną zasłoną
Ochroń dom przed złem

Ja
Dam Ci ogień
Dam Ci żar
Jeśli zechcesz
Zamienię się w wiatr
I uniosę nad strach

Ty
Nie bój się burz
Nie bój się słów, strasznych snów
Jestem tu
Swoją głowę
Wtul pod mój płaszcz
On da Ci noc
Ciepły schron w każdy czas

Ja
Nie wypuszczę Twych rąk
Nie zostawię
Przeniosę nad smutkiem
Nad pustką
Zbuduję Ci most

O, ja
Nie wypuszczę Twych rąk
Nie zostawię
Przeniosę przez życie
Nad śmiercią
Zbuduję Ci most


Aya RL - Pogo I

Gdy zgadzasz się z każdą okazją
Nie wiesz, co to znaczy upaść i wstać
Gdy zgadzasz się na wszystko z góry
Nigdy nie przepadniesz bez wieści za dnia
Gdy mówisz "tak" na każde słowo, na każde słowo i na każdy czyn
Gdy żyjesz tak, masz zapewnioną na mogile ilość swych dni

Gdy mówisz "nie", wiesz co to znaczy
Być albo nie być, kochać i kląć
Gdy mówisz "nie", wiem, że nie czekasz na przeznaczenie
Walczysz o los
Gdy mówisz "nie", to jesteś gotowy
Zawsze gotowy, by odejść stąd
Gdy mówisz "nie", nigdy nie przegrasz
Choćbyś miał zginąć

Gdy mówisz "nie"

czwartek, 5 listopada 2009

Celtic Frost - "The Usurper"

Celtic Frost - The Usurper (To Mega Therion, 1985)

Lend me your steel-bearing hand
So I may reign the Jewel Throne
My soul feels the gods' demand
As the lost kings uphold my side

Blood and sand
Mark their way
The usurper's tears
Guide my sword

Fantasia slept in my thoughts
As I was a son of infinity
The emperor, forgotten, rests in my dreams
As, back to the wall, I start the conquest

Blood and sand
Mark their way
The usurper's tears
Guide my sword

Innocence and wrath
Now lie far beyond
As we cross the deserts
To reach the fortress' gates

Tragical serenades
Are whispered in the wind
As eyes in fury
Grant us our strength

(They're) throning on the dignity of might
But the successor is to enter the hall
False truth saw them climbing the steps
But I remain the Jewel Throne's choice


Celtic Frost - Uzurpator

Użycz mi ręki, w której trzymasz miecz
I pomóż mi zasiąść na Kryształowym Tronie
Bo Bóg przemawia prosto do mej duszy
A starożytni królowie podtrzymują moje ramię

Krew i piasek
Znaczą ich ślad
Łzy uzurpatora
Prowadzą mój miecz

To mnie, synowi nieskończoności
Ukazało się we śnie mityczne królestwo
Jego zapomniany cesarz znalazł schronienie w moich snach
Teraz ruszam na podbój

Krew i piasek
Znaczą ich ślad
Łzy uzurpatora
Prowadzą mój miecz

Nie ma już w nas
Niewinności ani gniewu
Teraz, gdy przemierzamy pustynie
By dotrzeć do fortecy bram

Owiani wiatrem, co unosi rzewny śpiew
Idziemy naprzód
Silni oczyma, w których płonie krew

Spoczywają na tronie, pewni swojej mocy
Ale król już niedługo wkroczy na swój dwór
Zdobyli władzę, mając kłamstwo za świadka
Lecz to mnie jest przeznaczony Kryształowy Tron

by goodsavage 2009

poniedziałek, 2 listopada 2009

Słowo wstępne i King Crimson - "21st Century Schizoid Man"

Cześć,
znalazłeś -aś się właśnie na blogu poświęconym tłumaczeniom tekstów i oryginalnym tekstom utworów.

Na start tłumaczenie historycznego kawałka 21st Century Schizoid Man made by oczywiście King Crimson.

Acha, jeszcze wyjaśniam, że nietłumaczenie niektórych tytułów czy fragmentów to celowy zabieg artystyczno-translatorski, czasami konieczny, by zachować rytm, rym i tym podobne zwierzaki... a czasami indolencja twórcza.

King Crimson - 21 Century Schizoid Man (z wydanej w 1969 roku płyty In The Court Of The Crimson King, czyli Na dworze karmazynowego króla)

Cat's foot, iron claw
Neuro-surgeons scream for more
At paranoia's poison door
Twenty first century schizoid man

Blood rack, barbed wire
Politicians' funeral pyre
Innocents raped with napalm fire
Twenty first century schizoid man

Death seed, blind man's greed
Poets' starving children bleed
Nothing he's got he really needs
Twenty first century schizoid man.

King Crimson - 21st Century Schizoid Man

Koci łapci, krew na palcu
Neurochirurdzy ostrzą pazur
O wrota paranoi padają głuche razy
Twenty first century schizoid man

Łamanie kołem, kolczasty drut
Polityków nagrodzony trud
Niewinni - napalmem - bez rąk i nóg
Twenty first century schizoid man

Ślepa chciwość, śmierci zew
Krwawiące dzieci, poetów głodny śpiew
Nie pomoże mu żadna z rzeczy, których chce
Twenty first century schizoid man

made by goodsavage 3 X 2009